Ciężki weekend w Białymstoku. Natomiast ciekawy, pełen zwrotów wydarzeń, emocjonujący. Z uśmiechem, wymarzonym certyfikatem trzeba wracać do Suwałk. Ale trudno, jeśli wszystkie pieniądze wydało się na... przyjemności.

 

Zawsze musi być ten pierwszy raz, ostateczna decyzja zapadła. Przyszedł czas na pójście na popularnego "stopa". Ręka do góry, uśmiech i czekamy aż się ktoś zatrzyma.

 

Po piętnastu minutach czekania zaczęła boleć ręka i przyszło pierwsze zwątpienie. Pomyślałem, może podciągnę nogawki od spodni i wystawię nogę... Ale po głębszym zastanowieniu przystałem przy ręce.

 

I jest! Zlitował się nade mną kierowca tira ze śląska.

- Przez Suwałki? - zapytałem.

- Tak - odpowiedział kierowca tira. Zapytał czemu ubrany w koszulę z certyfikatem w ręku łapię stopa.

- Brak Funduszy proszę pana, brak funduszy. Kierowca rozgoryczony był stanem dróg w naszym regionie. Podczas rozmowy zmartwił mnie wieścią, że musi godzinkę się zatrzymać. Pomyślałem, łapię następnego "stopa". Podziękowałem, wyszedłem.

 

Tuż przed Suchowolą zatrzymał się kierowca z Augustowa. Nie jechał do Suwałk, ale myślę, nie będę stał. Natomiast z nim rozmawiałem o piłce nożnej. Wielki fan Barcelony, nawet był na meczu na Camp Nou! Niestety w Augustowie musiałem wysiąść.

 

Dosłownie po minucie zatrzymał się kierowca Mondeo.

- Do Suwałk? Oczywiście. Jeszcze tak szybko samochodem nie jechałem! Gdy przy 200 km na godz. zorientowałem się, że nie mam zapiętych pasów, pan kierowca spokojnie powiedział:

- Jak walniemy to i tak Ci nic nie pomoże.

 

Bardzo szybko i szczęśliwie dojechaliśmy do upragnionych Suwałk.

 

Jak widać można. Podróż trwała tyle co PKP lub PKS i to za darmo. Każdy z kierowców dziwił się, że w koszuli i certyfikatem "łapię stopa". Ale pogratulowali mi i powiedzieli, że trzeba sobie jakoś radzić.

 

Autostop jest dla niektórych wielką przygodą i jedyną szansą na podróżowanie po Polsce i świecie. Jednak trzeba uważać, do kogo się wsiada. Zachować ostrożność i za dużo o sobie nie mówić.